poniedziałek, 16 lipca 2018

Wędrowniczek – Bałkany – Dalmacja



Przejechałam przez wiele krajów wybrzeża Morza Śródziemnego, przez bogate Lazurowe Wybrzeże, hiszpańskie plaże, przez włoskie miasta i miasteczka pokryte antycznym kurzem, przez cudne greckie brzegi i wyspy – kolebkę naszej cywilizacji, ale Dalmacja i Adriatyk są najpiękniejsze.
Wyprawa rozpoczęła się z początkiem miesiąca lipca. Ekscytacja i ciekawość to były uczucia, które m towarzyszyły. Nie wszystkie z zaplanowanych miejsc były dla mnie nowością, ale wszystkie mnie zachwyciły. Zapraszam na wspólną podróż przez Bałkany i wybrzeże Dalmacji.



Bałkany to prawdziwy tygiel narodów, kultur, wiar, języków, walut. Piękne to, bo ukazuje ludzką różnorodność, ale i groźne, bo daje przestrzeń do  wielu konfliktów.
Sarajewo to pierwsze z odwiedzonych miast – stolica Bośni i Hercegowiny. Położone pomiędzy górami, przedzielone na część bośniacką i serbską o bardzo widocznych orientalnych wpływach, co nie powinno dziwić, bo miasto zostało założone w XV wieku przez Turków Osmańskich. Przez miasto przepływa rzeka Miljacka. W czasie naszego pobytu była wzburzona i mętna po obfitych opadach deszczu. Właśnie przy jednym z jej mostów Łacińskim znajduje się miejsce zamachu na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda i jego żonę. Zdarzenie to było początkiem I wojny światowej.  Jednak nie ta wojna tkwi najbardziej w bałkańskich sercach. Tutaj pamięta się wojnę końca XX wieku. Niewiele osób chce jednak o niej mówić, zbyt wiele bólu, strat i śmierci przyniósł ten konflikt. Cmentarze są wszędzie, czasem w bardzo zaskakujących miejscach. Inaczej niż u nas, gdzie nekropolie wyraźnie separuje się od innych sfer miast. Odwiedziliśmy jeden z muzułmańskich cmentarzy, na którym jest pochowany Alija Izetbegović, bośniacki polityk, jeden z podpisujących pokój po krwawej bałkańskiej wojnie. Próbowałam odnaleźć most, na którym zginęli sarajewscy Romeo i Julia – Serb Boszko i Muzułmanka Admira, ale niestety nie starczyło czasu. Jeśli chcesz poznać ich historię podaję link https://www.tvn24.pl/magazyn-tvn24/nikt-nie-odwazyl-sie-rozdzielic-trumien-historia-milosci-ze-zdjecia,32,729
W Sarajewie widzieliśmy piękny meczet Gazi Husrev-bega, katedrę Serca Jezusowego oraz Starą Synagogę. Bazar Baščaršija kusił orientalnymi kolorami i wzorami . Na centralnym placu przy wejściu do zabytkowej części miasta, wśród stada gołębi stoi fontanna Sebilj, charakterystyczny punkt Sarajewa, pozostałość po dawnych wodociągach. Równie ciekawym miejscem jest Inat Kuča czyli „przekorny domek”, dom, który ze względu na upór swojego właściciela był dwukrotnie w całości przenoszony z jednego brzegu rzeki na drugi i pozostaje do dziś symbolem przekory.




















Nasza wyprawa miała charakter eksploracyjno- objazdowy, toteż nigdzie nie zagrzaliśmy miejsca zbyt długo i następnego dnia ruszyliśmy do Mostaru. To jakie wrażenia pozostawi na mnie to miasto odczułam już wcześniej, podczas jazdy przez góry towarzyszyła nam przepiękna turkusowa rzeka Neretwa. Podążając wzdłuż jej biegu dotarliśmy do miasta, które swoją nazwę zawdzięcza strażnikom mostu z śnieżnobiałego kamienia – Mostaru. Miasto jest wieloetniczne, przedzielone błękitna rzeką, która swój kolor zawdzięcza wapiennemu dnu i swojej czystości. W  średniowieczu brzegi rzeki spinał most drewniany, w XVI wieku powstał piękny most z kamienia, który do dziś jest najważniejszym zabytkiem i symbolem miasta. Między wzgórzami niebo przecinają strzeliste wieżyczki meczetów, a le zaraz obok nich wznosi się kwadratowa wieża kościoła Świętego Piotra I Pawła. W samym sercu muzułmańskiej starówki stoi wspaniały meczet Koski Mehmed-Paszy.  Z jego wieży podziwiałam widok na miasto.  I meczet i kościół i most zostały zniszczone w czasie działań wojennych, ale na szczęście są odbudowane. Starówka pachnie orientem, błyskają wśród kramów bogate hafty, złoto, ozdoby, pachnie świeżo parzona kawa, do której podają smakołyk lokum. Kawę przyrządza się tu w specjalnych tygielkach, w których napar się gotuje. Ma inny smak.
Po trudach zwiedzania zeszliśmy na kamienny brzeg rzeki, żeby ochłodzić stopy w nurtach Neretwy. Nie było to takie proste, bo temperatura wody osiąga zaledwie 14 stopni. Tym bardziej podziwialiśmy miejscowy zwyczaj – skakania z mostu z wysokości 22 metrów do wody. Kiedyś podobno zwyczaj ten kwitł wśród męskich mieszkańców miasta i miał udowodnić wybrankom serca szczególną odwagę i wyjątkowość skoczka. Dziś działa  tu klub skoczków, którzy traktują widowisko komercyjnie i zarabiają pieniądze od ciekawych turystów. Skok z mostu robi wrażenie.
Miasto niestety nosi na sobie blizny wojenne, ślady kul na ścianach domów i napisy graffiti, że zbrodnia w Srebrenicy nigdy nie zostanie zapomniana i wybaczona.
















Po gorącym Mostarze schłodziliśmy się kąpielą w wodospadach Kravica.



Droga stamtąd poprowadziła nas na wąski pasek bośniackiego wybrzeża – do Neum, gdzie spędziliśmy pięć nocy. Była to nasza baza wypadowa do zwiedzania tej część Dalmacji. Bośnia ma tylko 8 kilometrów linii brzegowej. Jest to pozostałość osmańska. Republika Dubrownicka, chcąc zachować niezależność od Wenecji, podarowała ten fragment lądu Turkom, w zamian za ochronę przez najazdami. Imperium Osmańskie zajmowało większą część dzisiejszej Bośni i stąd taki oto spadek. Dla Chorwatów nie jest to wygodne, bo rozdziela ich kraj na dwie części, ale Bośniacy nie chcą sprzedać swojego dostępu do Adriatyku, dlatego podróże wzdłuż morza kończą się ciągłymi przekroczeniami granicy. Chorwacja planuje wybudowanie długiego mostu przez morze, który połączy jej obie części.
Lokum w Neum było bardzo wygodne, mieszkaliśmy w bardzo dużym pokoju z olbrzymim balkonem i widokiem na zatokę oraz półwysep Pelješac. Niestety woda na plaży w Neum była wyjątkowo chłodna jak na Adriatyk.





Na pierwszej  wyprawie  z Neum odwiedziliśmy perłę Adriatyku – Dubrownik. Stare miasto jest wpisane w całości na Światową Listę Dziedzictwa Unesco. Jego położenie jako portu i zarazem ośrodka handlowego  sprawiło, że mimo wielu prób wpływów, zachował swą niezależność i stał się samodzielną Republiką Dubrownicką. Na fladze dubrownickiej widniał napis „Wolność”, a sprawujący rządy mogli się nimi cieszyć zaledwie miesiąc, aby nie przedkładać spraw prywatnych nad publiczne. Miasto jest jak twierdza, otoczone grubymi murami, dodatkowo wzmocnionymi basztami i fortami.  Przy wejściu do miasta wita nas okrągła olbrzymia studnia z XV wieku, która pełniła także funkcję zbiornika na wodę. Wzdłuż głównej ulicy miasta możemy podziwiać pałace możnych dubrowniczan, teraz większość z nich wygląda podobnie. Zostały odbudowane w skromnym wyglądzie po trzęsieniu ziemi, które zniszczyło Dubrownik w XVI wieku.  Obok wejścia do miasta znajduje się kościół św. Zbawiciela wybudowany jako wotum przez ocalałych z trzęsienia ziemi. Wśród pięknych świątyń na terenie miasta trzeba zobaczyć Katedrę Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny oraz barokowy kościół pw. Św. Błażeja. Figur tego świętego można w mieście zobaczyć bardzo dużo, bo jest on patronem Dubrownika. Na placu blisko portu stoi figura Rolanda, można też odwiedzić replikę schodów weneckich. Przed upałem chroni cień wąskich urokliwych kamiennych uliczek, a jeśli jesteście smakoszami lodów, to koniecznie odwiedźcie lodziarnię, której sprzedawcy potrafią robić różne sztuczki z mrożonym przysmakiem.
















Oczywiście współczesny Dubrownik rozwinął się daleko poza mury starego miasta i jest znanym ośrodkiem turystycznym oraz portem, w którym cumują olbrzymie wycieczkowce.


 W naszych wędrówkach mogliśmy stale podziwiać dalmatyńskie wybrzeże, które zachwyca kolorami wody, nieba, bielą skał oraz bogatą różnobarwną roślinnością. Na zboczach gór, które towarzyszą tu stale morzu, rozciągają się małe klimatyczne miasteczka, przyczepione do skał niczym barwne broszki. Nie widać tu wież meczetów lecz urokliwe stare kościółki z dzwonnicami nad wejściem. W zatokach na lazurowej wodzie kołyszą się białe łódeczki, morze rozdzielone jest tysiącem wysp i półwyspów. Między półwyspem Pelješac a lądem  woda jest spokojna i bez silnych morskich prądów, dlatego pełno na jej powierzchni boj, basenów. To hodowle krewetek i ostryg. Pod każdą boją na linach rosną ostrygi. Odpowiedni rozmiar osiągają po 8-10 latach.










 








W drodze powrotnej odwiedziliśmy małe urokliwe miasteczko Ston, znane z tego, że w średniowieczu w czasach Republiki Dubrownickiej wybudowano tu mury obronne o długości 5,5 km zwane dziś europejskim chińskim murem. Miały one bronić przed Turkami. Tutaj także widzieliśmy solany, czyli płytkie baseny z wodą morską, w której po odparowaniu cieczy uzyskuje się sól morską.







W dniu zwiedzania Dubrownika panował straszny upał, dlatego na zakończenie czekała na nas niezwykła gratka = czas na plażowanie i kąpiel na bajecznie piękne, rajskiej plaży Prapratno.




Kolejne odkrycie to miasteczko Korčula na wyspie o tej samej nazwie. Żeby się tam dostać musieliśmy przejechać cały półwysep Pelješac i z miasteczka Orebič przepłynąć na wyspę promem. Korčula to magiczne średniowieczne miasteczko o kształcie koła, zbudowane z białego kamienia na półwyspie. Najważniejszym zabytkiem miasta jest Katedra św. Marka, z której wieży mogliśmy podziwiać panoramę miasteczka. Z góry widać, ze układ uliczek przypomina szkielet ryb, niektóre są proste i można na ich końcu zobaczyć morze – te maja wpuszczać do miasta ciepłe wiatry, inne są zakrzywione jak sierp – po to by nie dawać dostępu zimnemu wiatru bora. Większość uliczek ma schodki prowadzące w dół ku morzu, tylko jedna jest ich pozbawiona – ulica Wolnomyślicieli, brak schodków pozwalał skupiać uwagę na filozoficznych rozważaniach. Do miasta prowadzi brama lądowa z łopoczącą chorwacką flagą. Przed nią znajduje się fontanna upamiętniająca niedawne doprowadzenie wody pitnej z rzeki Neretwy. Na Korčuli nie ma wód powierzchniowych, stąd wcześniej ludność piła wyłącznie złapaną deszczówkę albo wino, bo warunki do uprawy winnic są na południowych stokach wyspy wspaniałe. Miasto to jest znane jako prawdopodobne miejsce urodzenia sławnego żeglarza Marco Polo. Dom podróżnika, położony blisko kościółka św. Piotra, jest dziś jego muzeum. Obejście klimatycznych uliczek Korčuli zajmuje kilkanaście minut, ale widoki i wrażenia zostają w pamięci na zawsze. 













Z miasta odjechaliśmy miejscowym autobusem na drugą stronę wyspy do Lumabardy. Temperatura prawie 35 stopni zachęciła nas do kąpieli. Najpierw jednak musieliśmy przejść na plażę spacerem wśród klimatycznych winnic i domowych ogródków. Z Lumbardy wróciliśmy na półwysep małym wynajętym stateczkiem.












Mój wyjazd miał służbowy charakter, ponieważ byłam opiekunem młodzieży na obozie. Dla nich przewidziano specjalne atrakcje np. zwiedzanie miasta Makarska. To największy kurort Chorwacji, leżący u stóp masywu górskiego Biokovo. Pełno tu hoteli, knajpek, restauracji, zatłoczonych, kamienistych plaż, straganów wzdłuż nadmorskich bulwarów. Miejsce zdecydowanie nie dla mnie.
W naszej podróży przyszedł czas na pożegnanie Neum. Ruszyliśmy wzdłuż wybrzeża w stronę Splitu. Po drodze podziwialiśmy Bačinskie Jeziora oraz naszą znajomą – rzekę Neretwę, która przed ujściem do morza płynie przez rozległą dolinę, zamienioną w żyzne pola uprawne. Rosną tam oliwki, mandarynki, figi, cytryny oraz warzywa. Wzdłuż szosy ciągną się barwne stragany pełne rolniczych płodów, przetworów, miodów i rakiji.






Split jedno z największych chorwackich miast i portów ma bogatą historię. W latach 295–305 cesarz Dioklecjan zbudował tam swoją rezydencję – olbrzymi pałac- miasto na bazie kwadratu, otoczonego murami. Było to jego mieszkanie oraz miejsce kultu. Lokalizację wybrał ze względów zdrowotnych oraz sentymentalnych, sam urodził się w pobliżu. Do pałacu można wejść przez cztery bramy Złotą, Srebrną, Brązową i Żelazną, z czterech stron murów. W centralnym punkcie pałacu zbudowanego z białego kamienia z wyspy Brač oraz włoskich marmurów znajdowało się mauzoleum Dioklecjana, które w XVIII wieku zamieniono w splicką katedrę pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, znaną także jako katedra  Św. Duje. Romańska wieża katedry została zbudowana w XIII wieku, jej wejścia strzegą dwa lwy. Plotka głosi, ze kolorowe kolumny na kazalnicy katedry pochodzą z resztek zburzonego sarkofagu cesarza Dioklecjana. Mogliśmy także spotkać jego samego wraz z małżonką , bo w południe przed katedrą odbywa się uroczysta zmiana warty cesarskiej i występują aktorzy s strojach z epoki cesarstwa rzymskiego. Po drugiej stronie placu znajduje się dawna świątynia Jowisza (Jupitera) – dziś kaplica pod wezwaniem Św. Jana Chrzciciela z jego figurą i basenem chrzcielnym w kształcie krzyża wewnątrz.















W Splicie pożegnaliśmy na trochę morze i ruszyliśmy z powrotem do Bośni i Hercegowiny w wysokie prawie alpejskie góry, do miejscowość Jajče. Miasto wydawało by się niepozorne, łączące ze sobą dwie rzeki Plivę i Vrbas, słynące z pięknych wodospadów i jak się okazało bogatej historii. Na przełomie XIV i XV zbudowano w Jajcach zamek, który z czasem stał się siedzibą królów bośniackich. Tu właśnie koronowano ostatniego bośniackiego króla. U schyłku średniowiecza miasto stało się ośrodkiem sekty bogomiłów, której członkowie wybudowali pod miastem skalne katakumby. Przy zamku możemy oglądać ruiny kościoła z wysoką dzwonnicą, oraz basztę niedźwiedzią. Do wojny lat 90-tych ubiegłego wieku Jajce były prężnym ośrodkiem turystycznym, jednak wojna spowodowała ucieczkę lub śmierć ponad połowy mieszkańców. Przypominają o tym tablice pamiątkowe przy meczecie. Wielu z zabitych to moi rówieśnicy. W mieście spotkaliśmy także dużą grupę kolarzy, która jechała w pokojowym wyścigu z Bihača do Srebrenicy, dla upamiętnienia masakry w tym ostatnim miejscu.
Teraz miasto Jajce próbuje powoli odzyskać dawny blask. 









Przy wyjeździe z Jajce mogliśmy podziwiać jeszcze jedną miejscową osobliwość – odrestaurowane osmańskie  urocze młyny wodne w kształcie maleńkich drewnianych domków. 




Kolejną atrakcją wyprawy było połączenie podziwiania natury, sportu i zabawy czyli rafting (spływ pontonami) po górskiej rzece Una, która stanowi trzon parku narodowego. Najpierw podziwialiśmy wodospady Martin Brod, z którymi łączy się legenda o nieszczęśliwej miłości. A potem już był czas spływu z kąpielami, skokami, abordażami, chlapaniem i piskami podczas pokonywania bystrz i progów wodnych.















Na tym skończyliśmy podziwianie dzieł rąk ludzkich, ale to wcale nie znaczy, że skończyła się nasza wycieczka. Po noclegu w bardzo eleganckim motelu w Bihaču, wróciliśmy do Chorwacji do kolejnego Parku Narodowego – Plitwickie Jeziora. Jest to zespół 16 krasowych jezior położonych na różnych wysokościach i połączonych kilkudziesięcioma wodospadami. Ponieważ dno jezior jest wapienne kolor wody przyćmiewa turkusem. Jej przezroczystość pozwala obserwować żyjące tam ryby nawet wielkie szczupaki. Na terenie parku znajduje się największy chorwacki wodospad Veliki slap. Słowa nie oddadzą uroku tego miejsca, dlatego przestaję pisać, a zapraszam do oglądania zdjęć.
















Z Chorwacji droga prowadziła już w kierunku domu, ale w Słowenii czekała na nas jeszcze jedna niezwykła atrakcja. Po noclegu w słoweńskim hostelu zwiedziliśmy dwie jaskinie – Postojną i Szkocjańską. Obie przepiękne, potężne, zapierające dech w piersiach widokami. Zdjęcia z jaskini Postojnej pokazują masę, bogactwo istniejących tam podziemnych form krasowych. Trzeba jednak wiedzieć, ze ciąg tych podziemnych naturalnych jaskiń, komnat i korytarzy ciągnie się przez 20 kilometrów. Sama kolejka elektryczna wiezie turystów z dużą prędkością kilkanaście minut, a potem czeka nas długi spacer. 














Jaskinia Szkocjańska jest zupełnie inna, nie ma  tylu bogatych form krasowych, natomiast spacer przez nią trwa dwie godziny i zamyka ona w sobie największy podziemny kanion rzeki. Ściany kanionu wznoszą się na wysokość kilkunastopiętrowego bloku, a w dole płynie wzburzona, spieniona rzeka pełna kaskad  wodospadów. Nie można tu robić zdjęć, ale uwierzcie mi , że żadne zdjęcia, także te zapożyczone z internetu nie oddadzą  ogromu i piękna tych tworów natury. Człowiek idąc po chodniczkach i mostkach wzdłuż tych jaskiń czuje się jak paproch albo mróweczka. Widziałam jaskinie polskie i całe zespoły jaskiń morawskiego krasu, ale te dwie słoweńskie są królowymi. Trzeba to zobaczyć koniecznie na własne oczy.





W jaskini Postojnej w wodach rzeki Pivki żyje zwierzątko, salamandra Proteus, pozbawiona oczu i pigmentu. Jest ona symbolem i maskotką jaskini. Podobnie jak dwie formy krasowe – Gotycka Wieżą i biały Diament, które są na zdjęciach i pocztówkach z Postojnej. Imieniem Proteusa nazwanych jest wiele pensjonatów i restauracji w okolicy, także hostel, w którym nocowaliśmy.


9 kilometrów od jaskini Postojnej znajduje się zamek z XII wieku połączony z systemem jaskiń tzw. Predjamski Grad. Partie jaskini wykorzystywane przez zamek mają kontynuację z rozległym systemem korytarzy jaskiniowych, które położone są w większości poniżej zamku. Chroniła się tam w chwilach zagrożenia zewnętrznymi najazdami okoliczna ludność wraz ze swoim dobytkiem.  W XV wieku w zamku żył baron-rozbójnik, który podobnie jak nasz Janosik grabił bogaczy, a łupy rozdawał biednym.




W wędrówce przez piękne miejsca, cały czas towarzyszył nam cień niedawnej wojny. W miastach i wsiach stoją tablice z nazwiskami tych, którzy poświęcili swe życie w walce, w każdej osadzie jest kilka opuszczonych domów, których właściciele już nie wrócą – ponieśli śmierć lub musieli uciekać. Straszą oczodołami pustych okiennic, pomiędzy ściany wkrada się natura – wyrastają  krzewy i chwasty. Smutne widoki…






Podczas zwiedzania jaskiń pogoda na zewnątrz popsuła się, co chwilę padał deszcz. Góry żegnały nas chmurami zaczepionymi o swoje szczyty, a my w strugach wody ruszyliśmy zwiedzać w drogę do Ljubljany stolicy Słowenii. Do miasta położonego nad rzeką Lublanicą dotarliśmy wieczorem o 18;30. Wykorzystując chwilową przerwę w opadach szybkim spacerem zwiedziliśmy starówkę podziwiając  kościoły, mosty, kamienice w stylu renesansowym, odbudowane po wielkim  trzęsieniu ziemi w XVI wieku. Nad głowami na wzgórzu pysznił się zamek. Zakończeniem spaceru była wizyta u ljubljańskich smoków na moście. Smoki te są symbolem miasta. Po wypiciu pysznej kawy i obejrzeniu końcówki meczu mistrzostw świata – ruszyliśmy w drogę do domu, do Warszawy. Ljubljana żegnała nas ulewnym deszczem.














Mój bałkański wypad skończył się zwiększeniem wagi, nie mogłam się oprzeć miejscowym przysmakom, zapachom z piekarni dobiegającym od samego rana, owocom i lodom. Najadłam się cevapcici ( bałkańskie kiełbaski), pleskavicy rodzaj kotleta mielonego z trzech rodzajów mięs, burków (rodzaju bułeczek) z mięsem i serem.


Dziękując Wytwórni Wypraw, Sławkowi oraz młodzieży za pomysł wycieczki, przepraszam za przydługi jej opis i polecam z całego serca – odwiedźcie Bałkany i wybrzeże Dalmacji. Na pewno nie pożałujecie!
Zdjęcia w większości autorstwa mojego i Sławka, zdjęcia jaskiń Szkocjańskich ze stron travelin.pl, evitravel.pl
Dziękuję cierpliwym, którzy dotrwali do końca i pozdrawiam ciepło :)